Magenta

piątek, 18 grudnia 2015

Gwiezdne Wojny okiem dizajnera, czyli 15 faktów o oryginalnej trylogii

Czy ktoś poza mną nie może się doczekać nowych przygód, które miały miejsce dawno, dawno temu w odległej galaktyce? Nie pamiętam od kiedy, ale uwielbiam Gwiezdne Wojny. Ciężko mi też wytłumaczyć dlaczego. Jako fanka (rzecz jasna i oczywista) znam sporo różnych informacji i mało znanych faktów o całej sadze. Dzisiaj przygotowałam dla was listę o tych wspaniałych filmach, w której zebrałam graficzne, dizajnerskie i zupełnie inne ciekawostki z powstawania pierwszych epizodów (jak na grafika przystało!).



Kto nie oglądał, marsz przed telewizor! Kolejność 4,5,6,1,2,3 obowiązkowa! Polecam też serial o Wojnach Klonów i Rebeliantów, jakby komuś mało było samych filmów :)

Gotowi na listę? No to lecimy!

1. Maska (hełm) Vadera to przypadek.
No, może nie do końca. Ale w oryginalnym zamyśle George Lucas wcale nie miał tego w planach. Za Vadera w masce powinniśmy podziękować Ralph'owi McQuarrie'owi, który przygotowywał koncept arty do filmu. W jednym z pierwszych draftów scenariusza była scena, w której Darth Vader przeskakuje z jednego statku na drugi w przestrzeni kosmicznej. Do tej sceny Ralph zaproponował czarny hełm, który tak spodobał się Lucasowi, że postanowił zrobić go na stałe.

Więcej o historii powstania wyglądu Lorda Vadera można poczytać pod tym linkiem

2. Yoda miał być krasnoludkiem?
Według pierwszych koncept artów - tak! Dobrze, że ostatecznie tak się nie stało. Stuart Freeborn, który zaprojektował kukłę Yody, oparł jego wygląd twarzy oraz wszystkich zmarszczek na Albercie Einsteinie. Dzięki temu, nasz mały zielony Jedi, sprawia wrażenie starego i mądrego mistrza.

3. Domalujmy to, czego nie możemy zbudować!
Matte painting - kto pierwszy raz spotyka się z tym określeniem? W oryginalnej trylogii, wszystkie plany i ujęcia, których nie dało się fizycznie zbudować, zastępowano obrazami. I to nie bylejakimi obrazami, ale hiperrealistycznymi grafikami malowanymi na szkle, pod które w produkcji później dodawano nakręcone sceny. I choć teraz widać gołym okiem, że niektóre są sztucznie dodane, są też i takie, które do tej pory wyglądają na prawdziwe.

4. Miecze świetlne się łamią.
A właściwie to ich atrapy używane na planie. Dlatego też m.in. walki w starej trylogii nie były tak efektowne jak te w nowszej. Technologia w latach 70. nie była aż tak rozwinięta :)

5. Sceny z Yodą były kręcone ok. 2m nad ziemią
A Mark Hamill często nie słyszał zupelnie kwestii wypowiadanych przez Frank'a Oz'a, aktora grającego Yodę. Plan został zbudowany na specjalnej platformie, pod którą ekipa na dole sterowała kukłą Yody, a ekipa na górze kręciła wszystkie sceny. Zostały przygotowane specjalne miejsca, po których aktor mógł się poruszać i miejsca, gdzie poruszał się Yoda. Cały trik polegał na odpowiednim ustawieniu kamer, tak aby nie było widać dziur w platformie. Sama kukła też nieraz się psuła - a to oko się nie domknęło, a to głowa nie przekręciła. Na szczęście cały trud pracy nie poszedł na marne. Wszystkie sceny wyszły fantastycznie, prawda?

6. Sound designer - brzmi dumnie
Ben Burtt - to człowiek odpowiedzialny za wszystkie dźwięki w Gwiezdnych Wojnach - od rebelianckich komputerów, przez droidy, ryki Chewbacci aż po dźwięki blasterów i mieczy świetlnych. Praktycznie wszystko poza aktorami i muzyką stworzył Ben i jego zespół. Tyle pracy... ale za to jaki efekt! Chyba nie znam nikogo kto by nie kojarzył przynajmniej jednego z dźwięków stworzonych przez tego pana (zawsze znajdzie się ktoś kto uśmiechnie się pod nosem, gdy usłyszy dźwięk R2D2, który ustawiłam jako powiadomienie w telefonie).



A no i słynny oddech Vadera to oddech Bena przez maskę do nurkowania. How cool is that?

7. Tniemy koszty, nagrywamy Blue Harvest, a nie Gwiezdne Wojny
A oto ciekawy przykład jak działa wolny rynek w stosunku do znanych marek. Otóż dostawcy wszelkich materiałów potrzebnych do filmu, widząc, że zamówienie jest do Gwiezdnych Wojen (po sukcesie pierwszego filmu), podnosili ceny! Skoro można zarobić więcej robiąc to samo - to czemu nie. Znany film, na pewno nie zostanie anulowany, no to i tak kupią :)

Dlatego też po sukcesie kolejnej części - Imperium kontratakuje, w celu obniżenia kosztów, Powrót Jedi był nagrywany pod roboczym tytułem Blue Harvest - żeby zmylić dostawców i uzyskać niższe ceny.

Jakie musiało to być miłe zaskoczenie dla ekipy, kiedy zjawili się na planie a tam: To jednak kręcimy tutaj kolejne Gwiezdne Wojny? Zajebiście!

8. Nikt nie podejrzewał, że Luke i Leia to rodzeństwo
Zarówno fani, jak i sami aktorzy! Pod tym linkiem można zobaczyć słynne zdjęcie, kiedy Mark i Carrie dowiadują się, że grają rodzeństwo. Co więcej, natrafiłam też ostatnio na ciekawe znalezisko. Jest to list od fana komiksów o Gwiezdnych Wojnach, które powstawały gdzieś pomiędzy piątym, a szóstym epizodem, w którym prosi rysownika o pokazanie bardziej "romantycznego" ujęcia relacji między Lukiem i Leią, bo przecież wszyscy widzą, że się kochają!

9. Luke Starkiller?
Tak miał nazywać się nasz dzielny Jedi. Dobrze, że to zostało zmienione! Samo nazwisko Starkiller zostało później jednak wykorzystane w grach i powieściach. Rzecz jasna, do mrocznych charakterów :)

10. Nikt w filmie nie mówi słowa Ewok
Ani słowa Wicket, czyli imienia pierwszego z "miśków" pojawiających się w ostatniej części na Endorze (tak, to ten co znajduje Leię nieprzytomną po rozbiciu się w lesie). Rasa Ewoków oraz jej główni przedstawiciele była opisana poza filmem - na wszelkiego typu materiałach promocyjnych, zabawkach, kartach kolekcjonerskich itd. Dla niedowiarków - obejrzyjcie ponownie film ;)


11. Mark Hamill to śmieszek
Nic dziwnego, że dostał później rolę jako Joker w animowanym serialu o Batmanie, jeśli przy swoich autografach dodawał tak żartobliwe podpisy.

12. Animacja poklatkowa to podstawa
Trzeba przyznać, że to, co powstało na potrzeby Gwiezdnych Wojen, to istne mistrzostwo świata animacji poklatkowej. Wszystkie statki kosmiczne, Gwiazda Śmierci, maszyny bojowe, a nawet zwierzęta i potwory - to efekt wielu tygodni pracy nad przesuwaniem kolejnych elementów makiety - klatka po klatce. I choć wszystkie modele powstawały w zmniejszonej skali, na ekranie sprawiają wrażenie prawdziwych rozmiarów.

Wiecie np., że przy tworzeniu scen z kroczącym na planecie Hoth AT-AT użyto sody oczyszczonej do zaimitowania śniegu, a model był ustawiany do następnej klatki przez pracownika wyglądającego przez okienko na makiecie? No to teraz już wiecie :)

13. Kup puste pudełko, zabawki wyślemy później!
Producenci zabawek, z którymi Lucas podpisał umowy, nie wyrabiali się z produkcją. Nikt nie spodziewał się aż tak ogromnego zainteresowania Gwiezdnymi Wojnami. Dlatego też na Święta można było kupić swoim pociechom (i sobie!) puste pudełko z makietą, na której miały stanąć  figurki bohaterów filmu. Zabawki były wysyłane później - mniej więcej w marcu następnego roku.

Tyle czekać na prezenty pod choinkę? No kto to widział :)

14. Gwiezdne Wojny Część VI: Zemsta Jedi
Tak się miała nazywać ostatnia część. Serio. Zachowało się nawet trochę plakatów z tym tytułem oraz innych gadżetów. Na szczęście ktoś w ostatniej chwili zwrócił uwagę, że Jedi raczej nie szukają zemsty (przecież ich życie opiera się na jasnej stronie mocy!). Uf.

15. Obi-Wan zabił Anakina?!
To zdecydowanie moja ulubiona ciekawostka. Podobnie jak informacja o tym, że Luke i Leia są rodzeństwem, informacja o tym, że Vader jest ich ojcem była trzymana w tajemnicy. Do tego stopnia, że w scenariuszu do drugiej odsłony filmu w scenie, kiedy Vader wyjawia Luke'owi co się stało z jego ojcem, było napisane, że to Obi-Wan go zabił, a sam Mark Hamill został poinformowany o właściwym zdaniu na moment przed kręceniem sceny.

To pewnie było coś w stylu: Ej, Ale wiesz, że tak na prawdę on ci powie, że jest twoim ojcem? Zagraj to tak, żebyś był w wielkim szoku.

W szoku był. Podobnie jak i później wszyscy na premierze! Lucas starał się zachować tajemnicę do samego końca, nawet przed własna ekipą - w końcu w scenariuszu każdy czytał, że to Obi-Wan jest tym złym co zabił ojca Luke'a. I w sumie, to też byłoby ciekawe :)

Mały fakt gratis:
Wielu fanów po obejrzeniu filmu nie wierzyło, że Vader jest ojcem (w końcu jest mistrzem ciemnej strony mocy i może to być zwyczajna manipulacja, żeby przeciągnąć młodego Skywalkera na swój użytek). Dlatego też w ostatniej części dodano scenę, w której Luke pyta o to Yodę, a on jako zaufany przyjaciel, mistrz, nauczyciel Jedi od wielu pokoleń, potwierdza, że jest to prawda... żeby nie było już żadnych wątpliwości.




To by było na tyle! Wybaczcie, że nie do wszystkiego mam linki. Zachęcam do sprawdzenia powyższych informacji u wujka Google. Tylko uwaga! Można się wciągnąć :)

Tymczasem, lecę na nowy film!
Niech Moc będzie z Wami!

sobota, 21 listopada 2015

Korpoipsum

Nowy generator lorem ipsum?

Narodziło się to w mojej głowie pewnego letniego dnia, gdy tkwiąc w pracy (a na zewnątrz pogoda jak marzenie) słuchałam kolejnych uwag do swojego projektu i broniłam swoich pomysłów, żeby efekt końcowy mógł wyglądać w miarę przyzwoicie w moich oczach.

Czy ostatecznie tak wyglądał, tego już nie pamiętam. Pracę w międzyczasie zmieniłam. Z jednej korpo z drugą. I tak się toczył korpoświatek wokół mnie, a ja w nim toczyłam się od spotkania do spotkania, ciągle na ASAPie, ciągle po dedlajnie...

Choć potrafię nieco kodować, zrobienie takiego generatora samej byłoby zbyt wielkim wyzwaniem dla moich umiejętności. Swoim pomysłem podzieliłam się z kolegą Wojtkiem Majem, który doświadczenie w pracy w korporacjach ma równie długie, a może nawet i dłuższe niż ja. Wojtek zapalił się do pracy. Jeszcze tego samego wieczoru spisałam pierwsze teksty i zrobiłam wstępny szkic jak strona mogłaby wyglądać. Wojtek zasugerował okienko mailowe. I tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień powoli trwały prace nad naszym korpo generatorem.

I tak powstało KORPOIPSUM.
Ruszyło. 9-go listopada o godzinie 19. Poszło w facebooka, w znajomych.

FAK!
Te pierwsze dni były szaleństwem! Według statystyk na stronie średnio jednocześnie generatorem bawiło się od 20 do 60 osób (a w porywach nawet 100!). Na dzień dzisiejszy mamy prawie 26 tysięcy odsłon. Byłam mile zaskoczona i dalej jestem. :)

Co będzie dalej?
Na pewno będziemy dalej prowadzić stronę na facebooku, natomiast sam generator będzie ciągle ulepszany o nowe teksty. Myślę też nad otworzeniem sklepiku z koszulkami i gadżetami, ale to zobaczymy później :)

Pozdrawiam i miłej pracy życzę!
Mrr!

piątek, 9 października 2015

Co tam słychać u Magenty

Cześć kochani!

Dużo się u mnie dzieje i staram się łapać każdą wolną chwilę na swoje własne projekty, dlatego dzisiaj postanowiłam wrzucić małe podsumowanie ostatnich miesięcy mojej pracy. Taki portfolio-update bez portfolio.


1. Strona z portfolio
Póki jest tylko zaślepka mówiąca o stronie w budowie, ale wiedzcie, że coś się dzieje! Projekt jest na etapie kodowania i przygotowania obrazków i opisów, więc jeszcze to trochę potrwa. Na szczęście zmierza to wszystko w dobrym kierunku.

Strona będzie pod adresem magentowe.pl.
Nowy mail kontaktowy do mnie to projekty@magentowe.pl.


2. Neurointuicja
Pracowałam przez bardzo długi czas nad stroną dla Łukasza Gątnickiego - twórcy metody Ok, może tak być (którą dobrze znam i polecam każdemu, kto ma czasem problemy ze swoją głową ;)).

Efekty mojej pracy można zobaczyć na neurointuicja.pl. Obecnie administruję stronę i pilnuję żeby wszystko działało jak należy, dorabiam kolejne gadżety na szkolenia oraz część grafik na Facebooka.

To był kawał fantastycznej współpracy, która, mam nadzieję, będzie jeszcze trwała jak najdłużej.


3. Mentor
Po Łukaszu zajęłam się projektem dla Aliny Wajdy, która jest również coachem a także astrologiem.

Efekty współpracy można zobaczyć pod adresem alinawajda.pl. Tu również administruję stronę i dbam o dobry wygląd.

Szykują się też kolejne projekty, także mam nadzieję, że już niedługo podzielę się z wami kolejnymi nowinkami :)


4. InkTober
Dołączyłam do wyzwania InkTober, organizowanego już od ładnych kilku lat przez pana Jake'a Parkera. Zadanie polega na rysowaniu jednej ilustracji dziennie przez cały październik - i może to być cokolwiek (u mnie najwięcej kotów oczywiście).

Dołączyć może każdy, wystarczy, że codziennie będzie rysować i wrzucać swoje ilustracje z hasztagiem #inktober w jakiekolwiek social media.

Moje poczynania można śledzić na Instagramie oraz na Facebooku.




5. Tajny projekt
No i jeszcze jeden projekt nad którym pracuję obecnie wspólnie z kolegą Wojtkiem. Na razie jest top sikret, ale zapewniam, że będzie to coś fajnego. To nasza prywatna inicjatywa i mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu.

Ale póki co - cicho sza!


Tyle ode mnie :)
Trzymajcie się ciepło!

sobota, 16 maja 2015

Dlaczego znów bijemy się o jakieś nowe logo

Niedawna wojna o nowe logo woj. pomorskiego autorstwa Andrzeja Pągowskiego (no, taki wykrzyknik) przypomina mi trochę inną podobną sytuację, kiedy zostało przedstawione światu nowe logo woj. podlaskiego autorstwa Leona Tarasewicza (no, taki pikselowy żubr).

Wtedy, podobnie jak teraz, projekt wykonał znany artysta, a sam znak powstawał w wielkiej tajemnicy. I choć było miło dowiedzieć się, że zrobił go ktoś tak związany z regionem (sama pochodzę z Podlasia), to i tak była wojna - a to, że bez konkursu, a to, że malarz a nie grafik, a to, że za nazwisko, a i konkretne merytoryczne argumenty od samego grona grafików projektowych się znalazły (ot. np. o źle dobrany krój pisma do znaku, czy też obawa o jego skalowanie).

De ja vu?

STOP! Zatrzymajmy się! Czas dojść do sedna sprawy! Zamiast rzucać kamieniami, spróbujmy dojść DLACZEGO tak się dzieje. Nie potrafimy zaakceptować tego, co się dzieje wokół. I nie dlatego, że jest złe, ale że robione jest nie tak jak powinno.

Oderwijmy się na chwilę od samych projektów. Nie będę wypowiadać się dzisiaj o grafice. Szanuję obu panów i absolutnie uwielbiam ich prace. Skupmy się jednak na źródle całych naszych wojen o nowe znaki.

Problemem tutaj tak na prawdę jesteśmy my sami - nasza polska mentalność, nasze społeczeństwo, nasze systemy zachowań niezmienne od pokoleń i nasz zupełnie porąbany system zarządzania każdą jedną dziedziną naszego życia. I zaraz wytłumaczę o co chodzi. Czas przemyśleć 3 małe kwestie:

1. Kwestia ceny
Mówi się, że w Polsce nie ma nic za darmo. Jednocześnie zawsze poszukuje się najtańszej oferty (tzw. półdarmo). "Normalne" ceny jeszcze jakoś dają radę, natomiast te adekwatne do wykonanej pracy pozostają w sferze marzeń i pragnień dla większości z nas. I nie tyczy się to tylko branży graficznej - wszędzie jesteśmy niewłaściwie opłacani.

Czy 90 tys. za logo to dużo? To zależy. W tą cenę pewnie nie jest wliczony sam znak graficzny, ale prawdopodobnie cała masa dodatkowej pracy - księga znaku, identyfikacja, key visual, poligrafia, internety, badania fokusowe, spoty... i co jeszcze klient zapragnął. Jestem wręcz przekonana, że w opisie zlecenia znalazły się takie rzeczy - w końcu ceny od agencji zaczynały się od 200 tys. zł, a żadna polska agencja przy zdrowych zmysłach za sam znak nie wyceniłaby się tak wysoko.

Marzy mi się, aby dostać kiedyś taką kasę za swój projekt. Ale dobrze wiem, że będzie to tzw. full pakiet, a nie samo logo. Cóż jednak poradzić, kiedy w Polsce wygrywa się ceną - a za niską ceną nie kryje się jakość a JAKOŚ. To trochę jak z tym żartem:

- Dzień dobry, poproszę dobry i tani projekt.
- A po co Panu dwa projekty?



Na zachodzie takich problemów nie ma (a jeśli już są, to bardzo rzadko i nie na tak wysokich szczeblach). Idąc za ciosem, skoro już jakiś czas temu zaczęliśmy żyć w nowym, demokratycznym systemie, to może czas najwyższy i w innych kwestiach brać przykład z naszych sąsiadów i płacić tyle, ile się należy, a nie "co łaska"?

2. Kwestia gustu
Jaki w Polsce mamy gust? Wystarczy przejść się po dowolnym mieście i już to widać. Rozkochaliśmy się w nijakości i kiczu do granic. Bylejakość otacza nas z każdej strony - zarówno w grafice, jak i w każdej innej dziedzinie (popatrzcie na wystrój pierwszego lepszego sklepiku osiedlowego, czy mieszkania na sprzedaż).

Edukacja artystyczna? A, zapomnij! Jedna godzina plastyki tygodniowo przez kilka lat w szkole to zdecydowanie za mało. Już nie mówiąc nic o tym, że z przedmiotem o wdzięcznej nazwie "estetyka" ma się styczność dopiero, kiedy pójdzie się na jakieś humanistyczne studia. Przeciętny polak ma swoje widzimisię, a to, czy jest to estetycznie właściwe ocenia w kategoriach "podoba mi się" i "nie podoba mi się". W dodatku jesteśmy dumni ze swojego niewyedukowanego gustu, i to jak!




Wróćmy do logo i zadajmy sobie pytanie: kto ocenia nowy znak dla danego województwa czy innej jednostki państwowej? Oczywiście jest to zleceniodawca - czyli urząd. A jak urząd, to urzędnicy. A jaki gust mają urzędnicy? Taki sam jak "wszyscy". I tym sposobem mamy przerąbane, bo urzędnikom się podoba i koniec gadania. I może byłoby trochę lepiej, gdyby nie jeszcze jedna istotna kwestia, jaką jest:

3. Kwestia zaufania
PRL już dawno odszedł w niepamięć, a my dalej sobie nie ufamy. Owszem, wtedy było ciężko, bo każdy mógł na każdego donieść, więc nie ufało się nikomu... i to nam niestety zostało po tamtych czasach. Nie ufamy lekarzowi - lepiej sprawdzić w internecie, nie ufamy politykom - bo każdy ma coś na sumieniu, nie ufamy sobie nawzajem nawet w kwestiach zakupów - koleżanka mówi, że dobrze wyglądam w tej bluzce, bo chce, żebym wyglądała źle. Absurd!

Nie ufamy młodym - bo co oni tam mogą wiedzieć. Nie ufamy instytucjom - bo tam same szychy łase na pieniądze siedzą. Ufamy tylko samym sobie i zamiast razem coś tworzyć, każdy robi po swojemu.

Jest jeden mały wyjątek. Ufamy tym, którzy zostali docenieni i odnieśli większe lub mniejsze sukcesy zagranicą. Zachód jest dla nas wyznacznikiem tego, co dobre. Nie zawsze jednak jest to właściwe wyjście z sytuacji. Tym sposobem do stworzenia nowego znaku zostają zaproszeni ci, którzy mają znane nazwisko - po prostu. Ufamy im, bo "tam" ich kochają. A jak już pokochali "tam", to i tutaj ich kochamy. Jesteśmy tacy z nich dumni. Kasę wezmą, jaką wezmą - w końcu znany jest to trzeba zapłacić. I bardzo dobrze, że mamy tyle znanych i docenianych, ale... Szansy jednak tym nieznanym nie damy, bo ich "tam" nie znają, to i my ich nie znamy i nie ufamy. Jaja jak berety!

Tylu mamy w Polsce wspaniałych, wykształconych profesjonalistów, którzy marzą o takim zleceniu jak logo województwa. Dlaczego by im nie zaufać? 

Wspominam z utęsknieniem moją śp. ciocię Renię - siostrę mojej babci, kobietę, która przeżyła zesłanie z rodziną na Sybir, PRL i dożyła czasów wolnej Polski - dzięki której zdecydowałam się pójść za głosem serca i rozpocząć studia na kierunku artystycznym. Była jedną z tych niewielu osób, która bezgranicznie ufała młodym, zdolnym, pełnym zapału ludziom. I zawsze powtarzała, że to w młodych trzeba inwestować, bo "stary jak miał się nachapać, to się nachapał, a młodemu ciężko się przebić bez wsparcia". Tylko skąd tu teraz to wsparcie wziąć, jak takich "cioć" ze świecą szukać w obecnej sytuacji?


--

Kochani! Obudźmy się! Jest tyle do naprawienia, a my tylko patrzymy w piękny obrazek z zachodu i nie potrafimy wyciągnąć żadnych wniosków i przekonać się do tamtejszych rozwiązań. A przecież wystarczy tak niewiele.



Jak robić, żeby dalej było jak jest? To proste!
Zawsze żądaj zniżek i rabatów.
Pamiętaj, że twój gust jest najważniejszy.
Nie ufaj nikomu.
Świat nie będzie piękniejszy, ale przynajmniej staniesz na swoim, dumny Polaku.

sobota, 28 lutego 2015

Przestrzeń kolorów - brzmi dumnie!

RGB, CMYK, Lab? Czym to się je? Czym to się różni? O co w ogóle kaman?

Wyjaśniałam już różnicę między wektorem a rastrem i krótko tłumaczyłam czym jest DPI. Czas więc wziąć się za kolory, a to jest bardzo fajna sprawa. Dziś opiszę podstawy, które powinien znać każdy, nie tylko grafik.


RGB

R - red (czerwony), G - green (zielony), B - blue (niebieski)


Na pierwszy rzut idzie przestrzeń RGB. Kolory te budowane są poprzez dodawanie większej lub mniejszej ilości światła czerwonego, zielonego i niebieskiego. Jest to przestrzeń kolorów, w której działają wszystkie ekrany, jakie tylko możesz znaleźć u siebie w domu, więc jeśli masz gdzieś pod ręką lupę - przyjrzyj się swojemu monitorowi albo telefonowi z bliska :)

Zasada działania jest prosta:
1. Nic się nie świeci - to jest czarno
2. Wszystko się świeci na full - to jest biało
3. Każda barwa świeci się w różnym natężeniu - są kolory! (juhu!)

W skrócie: Czerwony + Zielony = Żółty, Czerwony + Niebieski = Fioletowy, Zielony + Niebieski = Seledynowy. Im mocniej świecą dane barwy tym jaśniejszy jest kolor, rzecz jasna. Kombinacji jest całe mnóstwo, a w zasadzie 2653 czyli 18609625 możliwych kolorów, bo każda barwa może świecić z natężeniem od 0 do 255. No, tyle przynajmniej można ich mieć na monitorze. Każdy pikselek na Twoim ekranie składa się z 3 mini żaróweczek. Kiedy piksel nam umiera - po prostu przepala się któraś z nich :(


Ciekawostka:
Model kolorów RGB został stworzony w oparciu o działanie ludzkiego oka. Otóż na naszych siatkówkach w oku znajdują się 3 rodzaje tzw. czopków (nie, nie takie czopki, te w oku to są fotoreceptory), które rejestrują fale o długości odpowiadającej światłu czerwonemu, zielonemu i niebieskiemu. Daltoniści mają po prostu "zepsute" niektóre z nich. Co jeszcze ciekawsze, zwierzęta mogą mieć inne rodzaje czopków i widzieć świat w zupełnie innych barwach niż my. Psz! Mind blown!


CMYK

C - cyan (cyjan), M - magenta (czyli ja!), Y - yellow (żółty), K - black lub key color (czarny)


Przestrzeń barwowa CMYK to kolorki tworzone poprzez dodawanie większej lub mniejszej ilości farby na papierze. Stąd też jest to przestrzeń dedykowana specjalnie do druku.

Zasada działania:
1. Nic nie drukujesz - to jest biało, papierowo.
2. Wszystko drukujesz - to jest czarno, bogato czarno.
3. Drukujesz farbami w różnej ilości - są kolory! (yeah!)

Wartości każdej farby w CMYK-u zapisuje się w procentach, czyli od 0 do 100%. Farby jednak nie są mieszane, ale nakładane warstwami, więc w sumie można zadrukować coś w 400% (brzmi dziwnie, ale tak to działa). W praktyce nie używa się jednak 400% zbyt często (mi się jeszcze nie zdarzyło). Po pierwsze primo - bo farba schła by strasznie długo i mogłaby posklejać papier, a po drugie primo - nie każdy papier sobie z taką ilością farby poradzi. Przeciętnie używa się od ok. 200 do 340%, ale o tym napiszę kiedy indziej :)

Kolory tworzy się następująco: Cyjan + Magenta = Granatowy, Cyjan + Żółty = Zielony, Magenta + Żółty = Czerwony, Wszystkie 3 = Czarny (a w zasadzie bardzo, bardzo ciemny brązowy). Czarny (K) jest kolorem dodatkowym do przyciemniania i drukowania tekstu. Sama czerń (K) jest właściwie lekko szarawa, dlatego, żeby uzyskać głęboką czerń dodaje się po trochu pozostałych kolorów (tzw. rich black, czyli bogaty czarny - hehe).


Suchar, ale bardzo prawdziwy:
- Dlaczego black to nie B tylko K?
- Bo ktoś już zarezerwował B dla blue!
Ba dum tss!

Ciekawostka:
Kiedy byłam mała i chodziłam jak nawiedzona na wszystkie możliwe zajęcia plastyczne, odkryłam, że jeśli zamiast tworzyć kolory jak uczyli w szkole - z czerwonego, niebieskiego i żółtego - użyję ciemnego różowego (tj. magenty - nie znałam wtedy tej nazwy) lub fioletowego zamiast czerwieni, kolory wychodziły o wiele przyjemniejsze, żywsze i "czystsze". Ot, taka pierwsza przygoda z CMYK-iem, zanim w ogóle dowiedziałam się co to jest.


HSL, Lab i inne przestrzenie barwowe podobne do RGB

H - hue (barwa), S - saturation (nasycenie), L - lightness (jasność)


L - lightness (jasność), a oraz b - udział barw (zielona i czerwona dla a, niebieska i żółta dla b)


Przestrzenie te są podobne do RGB, bo również opierają się na zasadzie działania ludzkiego oka. Zostały jednak opisane nieco innymi matematycznymi wzorami, przez co różnią się znacznie w ilości "dostępnych kombinacji" kolorów. Przydatne są przy obróbce fotografii, ale to już wiedza dla bardziej wtajemniczonych.

Przestrzenie te oraz inne (zachęcam do lektury książek o teorii barw) zostały stworzone, ponieważ samo RGB nie oddaje w 100% możliwości widzenia naszych oczu. Dużo zależy też np. od materiału na jakie pada światło oraz np. jak światła o różnej temperaturze barwowej mogą zmieniać widziany przez nasze oczy kolor. Przykładowo biała koszulka z fluorescencyjnym nadrukiem będzie miała inny kolor w świetle dziennym, a inny na środku parkietu w klubie na imprezie ;) Robiąc zdjęcie zobaczysz je na ekranie telefonu w RGB, jednak od razu zauważysz, że w rzeczywistości kolory są inne. Nasze oczy potrafią też dostosować się do różnych warunków świetlnych, by widzieć dokładniej (np. po zgaszeniu światła przed snem przez moment jest zupełnie czarno, a po chwili widać mniej więcej gdzie jest łóżko i gdzie na kołdrze rozrabia kot). Trochę zboczyłam z tematu, ale mam nadzieję, że wszystko jest jasne :)

Ciekawostka:
Ostatnio w sieci pojawiło się zdjęcie tajemniczej sukienki - dla jednych jest biało-złota, dla innych niebiesko-czarna. Jeśli widzisz biało-złotą, zasłoń górą część zdjęcia a będzie niebiesko- czarna. Dla odwrotnego efektu wystarczy zasłonić dolną część. Ewentualnie przyciemnić lub rozjaśnić ekran :)


PANTONE, RAL i inne systemy kolorów

Podobnie jak dla RGB nie wszystkie kolory da się właściwie odwzorować samymi 256 odcieni dla każdej barwy w zestawie, tak i w druku stworzono dodatkową paletę barw, których nie uda się uzyskać samym CMYK-iem. Przykładowo mogą to być kolory neonowe (jak zakreślacz) lub metaliczne jak złoto czy srebro.

Każdy grafik wie czym są pantony (czyli farby produkowane prze firmę PANTONE). Jest ich bardzo, bardzo dużo, a sama firma poza sprzedażą samych farb do druku, sprzedaje też próbniki tych kolorów. Samego pantona nie da się idealnie zasymulować kolorem na monitorze lub w wydruku CMYK. Dlatego warto mieć ze sobą próbnik, aby pokazać jaki kolor faktycznie pojawi się na papierze.

Sam kolor papieru też wpływa na efekt końcowy :)

RAL to z kolei system kolorów do zastosowań poza drukiem. M.in. do malowania metalu, farb w sprayu do samochodów itp. Kolorami z palety RAL określa się np. kolor stelażu biurka, uchwytów w drzwiach czy nogi od lampy.

Ciekawostka:
Pewien artysta prawie 300 lat przed pojawieniem się PANTONE wymieszał i opisał dokładnie niemalże każdy kolor tworząc ok. 800-stronicową książkę. Prawdziwy człowiek z pasją :)

No to tyle jeśli chodzi o podstawy. W razie wątpliwości - piszcie śmiało (lub pytajcie wujka Google - on wie wszystko). Wkrótce cykl o przygotowaniu do druku, więc bądźcie w dotyku!
Mrr!
design © 2014 Magenta